Był rok 1911, czerwcowe popołudnie. Jak opisują Szymon Wrzesiński i Justyna Kość w książce "Katastrofy i wypadki kolejowe pod Karkonoszami" pociąg zmierzający z Lwówka do Jeleniej Góry miał przed sobą rutynową trasę, jednak w okolicach Marczowa wydarzyło się coś, co na długo zapisało się w lokalnych kronikach.
Na torach pojawiło się stado bydła, które najwyraźniej znalazło sposób na przełamanie uszkodzonego ogrodzenia i postanowiło wykorzystać szlak kolejowy na własnych zasadach.
Początkowo próbowano rozwiązać sytuację spokojnie. Członek obsługi pociągu próbował uspokoić zwierzęta i skłonić je do zejścia z torów, jednak bez skutku. Maszynista zdecydował się na głośne sygnały ostrzegawcze, które miały odstraszyć nieproszonych „gości”. Wtedy sytuacja zaczęła nabierać tempa. Pociąg ruszył powoli, a bydło zamiast uciekać, ruszyło wraz z nim, jakby nie zamierzało oddać torów bez walki.
Część krów w panice zbiegła z torów, ale niektóre uparcie trzymały się torowiska, biegnąc obok wolno jadącego składu. Widok musiał być niezwykły dla podróżnych oczekujących na stacji we Wleniu. Pociąg dotarł tam z około dwudziestominutowym opóźnieniem, a pasażerowie, zamiast nerwów, odczuwali raczej zdziwienie i rozbawienie nietypowym „towarzystwem” po drodze.
Czytaj więcej:
Rozczłonkowane ciało na torach
Po schwytaniu kilku zwierząt pociąg mógł kontynuować jazdę. Jednak historia nie kończy się wraz z odjazdem składu. Jeden z kolejarzy podjął się jeszcze zadania, które dziś brzmi jak scena z reportażu: postanowił odprowadzić kilka krów z powrotem do Marczowa. Tak zakończył się ten niezwykły epizod na Kolei Doliny Bobru – wydarzenie, które pokazuje, że nawet najspokojniejsza podróż może zmienić się w nieoczekiwaną przygodę.












Skomentuj
Komentarze są dostępne dla zalogowanych użytkowników.
Nie ma jeszcze komentarzy.