Poza Karpaczem, Szklarską Porębą, czy Podgórzynem – co oczywiste – jednym z centrów tragarstwa stał się Sobieszów. To był popłatny fach, bowiem tragarz mógł zarobić dziennie talara, a fizyczny robotnik w polu czy na budowie – pięć razy mniej.
Trudno planować swoje życie na takiej robocie, więc w obliczu wielu konfliktów opracowano zasady, które mówiły, że wolny od pracy tragarz ma się stawić natychmiast w umówionym miejscu, w dodatku nie może stawać na cudzym „postoju”, więc tragarz z Sobieszowa powinien być w Sobieszowie, a z Karpacza – w Karpaczu. Przewodnik natomiast „nie może się oddawać trunkom ani grze”. Potem wprowadzono jednolity cennik – tragarza za „wtarganie” gościa na Śnieżkę brał talara i 15 srebrnych groszy, a przewodnik – talara. W latach 60-tych XIX w. doliczono się tylko w Sobieszowie 5 przewodników, 10 tragarzy i 4 pomocników tragarzy, a także bliżej nieokreśloną liczbowo grupę tragarzy bagażu. Tragarze kończyli robotę przed czterdziestką, przewodnicy byli dłużej żywotni, najstarszy, zapisany w kronikach Beniamin Exner pracował jeszcze w wieku 76 lat.
Wycieczki z punktu widzenia turystów były drogie, bo tragarze wychodzili do roboty w ósemkę, jedna czwórka nie dałaby rady podołać pracy w górach z jedną lektyką. Ale możni nie narzekali - księżna holsztyńska 2 września 1886 r. – poza taksą – dała każdemu jeszcze „złoty pieniądz napiwku” – jak wspominał cieplicki szklarz, Krzysztof, dorabiający w roli tragarza.
Sobieszowscy tragarze w środowisku nielubiani, bo podbierali turystów tym z Jagniątkowa czy Piechowic i sprawy z reguły kończyły się w sądach. Ale… ten epizod trwał raptem kilkadziesiąt lat. W końcu XIX w. na turystykę stać było coraz więcej ludzi, problemem uzdrowiska Cieplice, ale też Sobieszowa, Jagniątkowa i in. stało się wąskie gardło – dojazd do Kotliny.
Żeby powędrować w Karkonosze – trzeba było (i w tym przypadku nic się nie zmieniło) najpierw dojechać do Jeleniej Góry. Były z tym problemy. Można powiedzieć – nic nowego, tylko skala inna. Dziś samorząd Jeleniej Góry walczy o to, by Dyrekcja Dróg i Autostrad zajęła się modernizacją drogi na odcinku Bolków – Jelenia Góra, bo dla ludzi, którzy w kwadransach (a nie w dniach) liczą czas przejazdu z Wrocławia w Karkonosze liczy się każdy zakręt. Kilka lat temu dla tych, którym droższa kolej i wygoda podróży - zagwarantowano dojazdy do stolicy Karkonoszy przez „pendolino”. Wtedy, dwieście, a nawet 150 lat temu kolei nie było w ogóle, pozostawał powóz.
Pierwszy pociąg dojechał do Jeleniej Góry 10 września 1865 r. od strony Lubania co było o tyle racjonalne, że walczyliśmy o turystów z Berlina, którzy zyskali bezpośrednie połączenie rok później. Po kolejnym roku – dokładnie 14 lipca 1867 r. – pociągi dojeżdżały także od strony Wrocławia wioząc tłumy.
Z kronik wynika, że w pierwszym roku do Jeleniej Góry przyjechało pociągami 142.577 osób, na początku XX w. – w 1900 roku – już ponad 1,8 mln. Od 1902 roku z Jeleniej Góry ruszyły pociągi do Liberca i Pragi, od 1909 – do Lwówka Śląskiego…
A potem… O tym, co po tym - już za tydzień. Bywało bowiem różnie, lepiej i gorzej – linię zelektryfikowano jeszcze przed II wojną światową, tuż po niej, w lipcu 1945 r. trakcję zlikwidowano, by po ponad dwóch dekadach znowu ją instalować.
Ale to już całkiem inna historia, do której powrócimy niebawem.












Skomentuj
Komentarze są dostępne dla zalogowanych użytkowników.
Nie ma jeszcze komentarzy.