Jerzy Filipowski (1956–1990), znany w najbardziej renomowanych towarzystwach, ale także i menelskich naszego miasta jako Jołas, był najbarwniejszą postacią stolicy polskiej części Karkonoszy w siermiężnych latach upadającego socjalizmu PRL.
Na jego pogrzebie w lutym 1990 r. było ponad tysiąc osób. Można było zauważyć cały przekrój społeczny miasta: od zasobnych biznesmenów po ludzi z marginesu społecznego. Wszyscy Go kochali i dlatego grała mu na pożegnanie, zamówiona przez przyjaciół, orkiestra kolejowa.
Za co Go kochali? Za niekonwencjonalne zachowanie na co dzień, z którego zrobił własną filozofię życia. W tamtych latach jednym ze sposobów na ciekawe przeżycie zakłamanego okresu socjalistycznych rządów w naszym kraju było między innymi upijanie się. Zajęcie kosztowne, bo wówczas najdroższe było jedzenie i alkohol właśnie, ale Jołas był osobą nadzwyczaj inteligentną i dlatego pieniędzy nie musiał zarabiać. Nie miał na to czasu.
Zarabiali inni, poza pensją, zwykle na handlu walutą oraz antykami, i wydawali na niego bez zmrużenia oka. Działo się tak, bo potrafił się znaleźć w każdym towarzystwie i zaimponować błyskotliwymi dowcipami oraz aktorskimi popisami. Znakomicie śpiewał i tańczył, choć nigdy się tego nie uczył. Nauka nie była mu zresztą potrzebna. Znajomość życia i talenty wszelakie miał w genach, a jeśli potrzebna mu była wiedza na jakiś temat, szybko ją przyswajał z książek i gazet. Zawsze miał w oczach kpiarskie błyski i błyskotliwą odpowiedź na każde pytanie, szczególnie wtedy, gdy coraz bardziej rozkręcał Go alkohol.
Jak wspomina Wojciech Adamski, jego najbardziej serdeczny przyjaciel, Jołas pomieszkiwał u niego, ale tylko wtedy, gdy przestawał pić. – Mieliśmy umowę: jak wpadał w ciąg, omijał mnie nawet na ulicy. Raz trwało to osiem miesięcy. Potem wracał, pukał do drzwi i pytał grzecznie, czy może u mnie spać – wspomina Wojtek.
Kiedyś po raz kolejny wrócił do przyjaciela. Ale po jakimś czasie zaczęło Mu się nudzić. Była mroźna zima. O dziewiątej wieczorem, będąc już w piżamie, powiedział do Wojtka: – Wiesz, umówiłem się pod teatrem za pół godziny z dziewczyną. Pójdę i przyprowadzę ją, ale nie będę się przebierał, zarzucę kożuch na siebie i zaraz wrócę. Wrócił dopiero o piątej nad ranem.
Jak opowiadał, dziewczyna nie przyszła, więc zatrzymał taksówkę i pojechał do renomowanego lokalu „Patria” w Karpaczu. Kelnerom i barmanom, którzy Go dobrze znali i lubili, opowiedział, że uciekł właśnie z „odwykówki” w Bolesławcu. Kelnerzy Go nakarmili i napoili. Jołas wrócił do Jeleniej Góry, a taksówkarz zatrzymał kożuch (wówczas był to luksusowy ubiór) jako zapłatę za kursy i postojowe. Zresztą kożuch nie był jego. Jołas nic swojego nie miał. Wszystko było mu dane przez znajomych i przyjaciół. Niektórzy upominali się o buty i odzież, które pożyczał tylko po to, by trochę w tym pochodzić, ale zwykle szybko rezygnowali z roszczeń.
– Zawitaliśmy kiedyś do „Orlinka” w Karpaczu. Kelner nam tłumaczył, że nie może podać pół litra, bo obowiązywał urzędowy nakaz podawania wódki tylko w kieliszkach i to 50 gramowych. Zamówiliśmy 140 takich „pojemników” gorzały – mówi Wojtek.
– Gdzieś w połowie konsumpcji Jołas poszedł do orkiestry i powiedział, że zamawia melodię dla przyjaciół, którą zresztą sam zaśpiewał. Był to klasyczny rock. Nie znał angielskiego, ale znakomicie ten język naśladował, a ponieważ wykonanie było znakomite, otrzymał huczne brawa. Przyszło do płacenia rachunku, wszyscy chwycili się portfele, ale Jołas stwierdził zdecydowanie, że on zaprosił towarzystwo, więc zapłaci. Nie miał ani grosza. Towarzystwo się zmyło. Jołas udał, że zasnął w resztkach kotleta schabowego. Wezwani milicjanci, podnieśli głowę zmęczonego konsumenta, stwierdzili krótko „a, to Jołas” i... odjechali.
W restauracji hotelu „Bristol” w Warszawie, gdzie zasłynął tańcem na bufecie w białych mafijnych butach za parę tysięcy złotych, wsławił się jeszcze tańcem z autentyczną Japonką. Otrzymał rzęsiste brawa. Po czym zdjął na środku parkietu spodnie z majtkami i pokazał tę część ciała, gdzie się kończy kręgosłup, a zaczyna ... no właśnie (znany artysta estradowy – Skiba – nie był więc prekursorem w tym względzie).
Innego za coś takiego w okresie zamierającego stanu wojennego, by zamknięto. Jołas, który wówczas został konsekwentnie upity przez rozbawionych gości „Bristolu”, na to by nie pozwolił. Uciekł nawet z izby wytrzeźwień. Był prawie nagusieńki, miał na sobie tylko sięgającą do kolan koszulinkę, zwaną giezłeczkiem. Trafił do baru „Epoka”, gdzie barman i goście odpowiednio uczcili to z bohaterem dnia. Wystawało mu to i owo, gdy usiadł na krześle, ale i z tego zrobił niezłą zabawę.
Zdarzały Mu się jednak i przykre konsekwencje jego nietypowych zachowań. Na Aleksanderplatz w Berlinie Wschodnim na ruchomych schodach zrobił fikołka. Jednak tył silnej koszuli jeansowej wkręcił Mu się razem z ręką w końcowe tryby. Kolega kopnięciem wyłączył mechanizm urządzenia, ale ręka została poharatana, że aż widać było staw w łokciu.
– Kilka godzin przed Jego śmiercią, ok. 3 nad ranem, odwiedziłem Go w szpitalu. Powiedział mi: ja umieram. Miałem zawał, drugiego nie przeżyję, ale zobacz, czy nie podpie.....ły mi soczku te france pielęgniarki, bo niedawno przenosiły mnie z sali do sali. I to był cały Jołas – zakończył wspomnienia Wojtek.
Jerzy Filipowski był jeleniogórzaninem, ale jego rodzina pochodziła ze wschodnich terenów dawnej Polski, które kilka razy odwiedził. Dzięki temu znakomicie mówił po rosyjsku i mówiąc po polsku często używał tylko rosyjskich określeń. Nigdy na przykład nie mówił choinka, tylko jołka. I tak ze skrzyżowania Juras (tak też mówiono na Niego) i jołka – powstał Jołas.
Janusz Laskowski („Kolorowe jarmarki”) na klęczkach na parkiecie restauracji hotelu „Grand” w Warszawie, po jednym z popisów Jołasa, powiedział, że takiego „aparata” spotkał po raz pierwszy w życiu.
Hotel „Berolina” w Berlinie Wschodnim był dostępny tylko dla gości z najwyższej półki. Jołas mógł tam wchodzić o każdej porze dnia i nocy. Miał pozwolenie od szefa hotelu, którego zafascynował tańcem z szablami, które wisiały na ścianach restauracji hotelowej, w czasie odgrywania znanego utworu Chaczaturiana.












Skomentuj
Komentarze są dostępne dla zalogowanych użytkowników.
Nie ma jeszcze komentarzy.