– To nie gust premiera decyduje o tym, co pojawia się na stole – śmieje się Czarnecki. – Wszystko zamawiają urzędnicy z jego kancelarii. Pierniczki czy wafelki wybierają pracownicy niższego szczebla.
Były minister zastrzega, że on raczej po słodycze nie sięgał. Fama, jakoby objadał się galaretkami, poszła w świat, ponieważ podczas ministrowania trochę przytył. – Przyznaję, że lubię krówki i galaretki, ale przybrałem na wadze z innego powodu – przekonuje. – Godzinami trzeba było ślęczeć przy biurku nad różnymi papierami i nie starczało czasu, żeby się poruszać.
Jerzy Szmajdziński, jeleniogórsko-legnicki poseł i minister obrony narodowej w rządach Leszka Millera i Marka Belki, stanowczo stwierdza, że podczas posiedzeń rządu nie jadł słodyczy. Nawet słone paluszki zostawiał w spokoju. – To jest jak pasza treściwa. Straszny przybór masy, a siły z tego żadnej – mówi. – Zresztą słodycz preferuję raczej naturalną.
Z byłego ministra trudno wyciągnąć, który z kolegów najchętniej sięgał po ciastka. W końcu zdradza – Ryszard, proszę napisać K., nie żałował sobie. A premier Belka raczej wolał owoce. Żadne cytrusy, tylko jabłka, i to polskie.
W jeleniogórskim magistracie na stole u prezydenta Józefa Kusiaka stoją delicje i kruche ciasteczka. Znikają ze stołów w szybkim tempie. Nie może zabraknąć kawy i herbaty. – Nie ma wyraźnych zwolenników jednego z tych napojów. Goście zwykle zamawiają po połowie – usłyszeliśmy w sekretariacie prezydenta.
Słodkie życie władzy
Audio
Czytaj na głos
W Jeleniej Górze i Wałbrzychu zajadają się delicjami, we Wrocławiu jedzą skromniej. – Zdradzę tajemnicę – mówi Ryszard Czarnecki, europoseł Samoobrony, kiedyś szef Komitetu Integracji Europejskiej w rządzie Jerzego Buzka. – Jedna rzecz łączy wszystkie polskie rządy: Buzka, Millera, Belki i Marcinkiewicza- to pierniczki












Skomentuj
Komentarze są dostępne dla zalogowanych użytkowników.
Nie ma jeszcze komentarzy.