Był piątek, 20 listopada 1959 roku, tuż przed szóstą rano. Kierowca autobusu „Karosa” wraz z 25 pasażerami wjeżdżał na przejazd kolejowy w Kowarach, nie wiedząc, że kilka sekund dzieli go od tragedii.
Scena, która wydarzyła się tamtego poranka, zapisała się w pamięci wszystkich uczestników i później trafiła do książki Szymona Wrzesińskiego i Justyny Kość „Katastrofy i Wypadki Kolejowe pod Karkonoszami”.
Niespodziewanie przed maską pojazdu opadł szlaban, zmuszając kierowcę do nagłego hamowania.
Zaskoczenie szybko przerodziło się w przerażenie, gdy nadjeżdżająca lokomotywa dała o sobie znać gwizdem, a drugi opuszczony szlaban odcinał drogę ucieczki.
Dopiero w ostatniej chwili, dzięki włączonemu klaksonowi i krzykom pasażerów, dróżnik zareagował i podniósł barierę, ratując kierowcę i podróżnych przed wypadkiem.
Czytaj także:
Bandyci wpadli w Jeleniej Górze przez… płaszcz
To jednak nie koniec historii. Na wybuch zdenerwowania kierowcy i pasażerów szlabanowy Marcin K. odpowiedział stekiem obelg i przekleństw. Co więcej, zadzwonił do kolegi w Krzaczynie, aby „za karę” zatrzymał autobus na kolejnym przejeździe kilka minut przed szlabanem, mimo że żaden pociąg już tamtędy nie jechał.
Chwile grozy na przejeździe kolejowym w Kowarach zapadły w pamięć nie tylko pasażerom, ale i samemu dróżnikowi, który później znalazł się w centrum postępowania prowadzonego przez prokuratora.
Czytaj także:
Otwarte rogatki kolejowe przyczyną śmierci młodego małżeństwa?












Skomentuj
Komentarze są dostępne dla zalogowanych użytkowników.
Nie ma jeszcze komentarzy.